poniedziałek, 6 stycznia 2014

Prawdziwa miłość

 Tej nocy Miroggo myślał o tym co miało nastąpić kolejnego dnia. Zamyślenie i strach nie pozwoliły mu zasnąć, więc rozłożył się na krześle które stało przy oknie. Jego wzrok zapatrzony był w granatową tarczę nieba, której nie oświetlało nic, prócz przelatujących raz na jakiś czas spadających gwiazd zostawiających za sobą błyszczący ogon, wyglądający jakby ułożony był z wielu szmaragdów i rubinów mieniących się na przemian. Miroggo tylko co jakiś czas patrzył na stworzony przez jego nauczyciela zegar wietrzny, przez co miał wrażenie, że noc ciągnie się już wieczność. Nawet gdy słońce wychodziło ponad horyzont niebo pozostało ciemne, a o poranku dawało znać jedynie ciche gwizdanie ptaków.

 Cieszenie się krajobrazem przerwała mu matka, która jak co rano zawołała go na śniadanie. Gdy Miroggo był już gotów, zbiegł na dół złapał w biegu grzankę z serem i pobiegł w kierunku Defensionem Virentem, miejsca gdzie mogły rosnąć potrzebne mu kwiaty. Droga nie była długa, a jedyne o czym chłopak musiał pamiętać, to nie wpaść w ruchome piaski. Po kilku minutach biegu był już na miejscu. Plac, na którym stał był otoczony przez wijące się jak żmije kobry, a w sam  jego środek obrośnięty był przez wiele kwiatów w różnych kolorach. Zapach, który młodzieniec od razu poczuł był jakby mieszaniną woni miodu, truskawek, malin  i jego ulubionego piwa kremowego, co wpłynęło na jego zmysły i ciągnęło go w stronę centrum kwiecistej polany. Chłopak miał szczęście, właśnie tam gdzie zaprowadził go jego nos, rosły potrzebne kwiaty. Miroggo nie chciał odrywać się od pięknego zapachu kuszącego jego nos, ale wiedział po co tu jest, więc zerwał roślinę i pobiegł w kierunku domu Elizabeth, gdzie teraz przebywała, odkąd jej rodzice zgodzili się przyjąć ją z powrotem. Gdy zapukał do drzwi otworzyła mu jej matka, a zarazem żona wodza ubrana w ceremonialny strój. - Prawdopodobnie będą udzielać komuś ślubu. - Pomyślał.
- Dzień dobry, jest Elizabeth? - Zapytał kłaniając się nisko.
- Cześć Miroggo. Eli siedzi u siebie w pokoju, zaraz ją zawołam. - Odpowiedziała mu donośnym głosem nie pasującym do kobiety.
- Dziękuję. To ja poczekam.
- Wejdź do środka. - Tymi słowami zaprosiła go do pomieszczenia.
 Chłopak wszedł do ich wielkiego domu i stanął na korytarzu, gdzie postanowił poczekać na dziewczynę. Nie czekał długo, bo już po kilku sekundach jego oczom ukazała się piękna blondynka.
- Masz to co trzeba? - Zapytała z ciekawością w głosie.
- Tak mam. A powiedziałaś już rodzicom? - Zapytał.
-Nie, powiemy im razem.- Złapała go za rękę i pociągnęła długim korytarzem w kierunku sali obiadowej. Na ścianach korytarza powieszone były obite w złote ramy portrety dawnych wodzów plemienia a na samym końcu widniał portret stworzyciela wyspy.
- Mamo, tato musimy wam coś powiedzieć. Postanowiłam, że zdejmiemy ze mnie tą piekielną moc.
- Ale... - Wtrąciła się jej matka, która nie zdążyła skończyć.
- Wiem co robię. Nie zrezygnuje z tego. - Skończyła stanowczo.
- No dobrze, ale my mamy przy tym być. - Odrzekł z przyzwoleniem jej ojciec.
Po czym wszyscy wyszli za dom, gdzie od razu można było zauważyć, że jego mieszkańcy muszą coś znaczyć. W ich rodzinnym ogrodzie rosło wiele niewystępujących gdzie indziej kwiatów, na jego tyle wyrastał rozległy labirynt, który chłopak chciałby zwiedzić, ale dziś nie było na to czasu.

  Miroggo chciał żeby zdjęcie z Elizabeth tego ciężaru wyglądało jak najbardziej uroczyście, więc jej rodziców postawił na bokach, dziewczynę na samym środku, a sam wyjął kwiat. Patrząc ukochanej w oczy, powolnym krokiem zmierzał w jej kierunku. Mimo że dookoła było naprawdę głośno, w głowie Mirogga słychać było tylko jedną myśl. - Żeby się udało.
W krótkim czasie stał już kilka centymetrów przed nią.
- Wystaw dłoń. - Poprosił ją.
Jak chciał tak zrobiła. Chłopak wytrząsnął z kwiatu pył na jej piękne dłonie. Spojrzał jeszcze raz w jej oczy, pocałował i odszedł.
- Teraz musisz to połknąć. - Wyjaśnił.
Dziewczyna z niepewnością spojrzała na niego. Młodzieniec potwierdził to kiwnięciem  głowy. Dziewczyna zamknęła oczy i przyłożyła dłoń do ust po czym jednym mocnym wdechem zassała do ust powietrze zmieszane z pyłem.

  Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Dopiero po chwili zobaczyli jak dziewczyna zaczyna lewitować, a koło niej tworzy się duża niebieska bańka, przez którą ledwo można było zobaczyć co się dzieje w środku. Nie wyraźna kula zawisła przez trochę w powietrzu, by po chwili opaść na ziemię
 i zniknąć. Miroggo nie wiedział czy to, co zobaczył dzieje się naprawdę. Osoba która stała przed nim nie była już tą samą Elizabeth, jej włosy z blond przybrały kolor brązowy, oczy miały teraz barwę morskich fal. Jej twarz także nabrała całkiem innego wyglądu. Chłopak cały czas jednak czuł, że dziewczyna którą widzi jest tą jedyną, jego ideałem. Niepewnym krokiem zbliżył się do niej, a gdy złapał ją za ręce i poczuł jej dłonie, miał już pewność że to ta sama osoba, którą jeszcze kilka minut wcześniej całował. Zbliżył usta do jej ucha. - Kocham Cię. - Wyszeptał.
Dziewczyna spojrzała z uśmiechem w jego oczy zrobiła to samo co on przed chwilą i szepnęła. - Ja Ciebie też głuptasie. Chłopak wiedząc, że to co jest między nimi jest prawdziwe, przytulił i pocałował ją. Po czym razem odeszli porozmawiać z rodzicami.

Tego samego dnia, wieczorem, Miroggo razem z Elizabeth siedzieli w jej pokoju, a ona wytłumaczyła mu czemu tak się zmieniła. - Taką jaką teraz jestem, widziałam siebie przed zdjęciem mocy. Teraz, gdy nie działa już czar i ty możesz mnie taką zobaczyć. To co widziałeś wcześniej było tylko powłoką czaru. - W tym momencie do pokoju weszła jej matka.
- Chciałam wam to powiedzieć wcześniej, ale nie pozwoliliście, muszę wam to powiedzieć. Moc Elizabeth działała tylko na śmiertelników na ciebie Miroggo nie miała żadnego wpływu, jedynie jej wygląd był dla Ciebie inny. - Powiedziała kobieta po czym wróciła do swojego pokoju.
Na zakochanych nie zrobiło to większego wrażenia, chwilę jeszcze posiedzieli po czym przytuleni zasnęli na podłodze pokoju dziewczyny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz